Blog

MamaSapiens

Blog z przemyśleniami dla mam. Wszystko o zdrowym rozsądku, co odnosi się do wychowania, żywienia, nauczania dzieci

Viva La España! O strajku rodziców nad zadaniami domowymi.

indeks

Anna Rattenbury

Opublikowany: Listopad 16, 2016

indeksPrzez cały miesiąc listopad, a dokładnie w każdy weekend, Hiszpańskie Stowarzyszenie Rodziców (CEAPA) zachęca rodziców do bojkotu odrabiania wszystkich zadań domowych zadawanych ich pociechom. Według badań z  2016 przeprowadzonych przez  WHO, 30% hiszpańskich 11-latków odczuwa permanentny stres z powodu ilości zadań domowych, które są zobligowane codziennie wykonać, a ta liczba rośnie do 65% młodzieży w wieku 15 lat. Rodzice twierdzą, że system nauczania jest stary, nieadekwatny do zmieniających się technologii i łatwego dostępu do informacji encyklopedycznych, bazuje na zapamiętywaniu treści, testomanii i egzaminach. Brzmi znajomo?

Polska w rankingu ilości zadawanych zadań znajduje się na 10 miejscu, tuż przed Hiszpanią,  a nasze dzieci muszą „ślęczeć” nad zadaniami  średnio 7.5 godzin tygodniowo. Oczywiście, zależnie od wieku jest to czasem mniej, ale często raczej więcej… W przytoczonym zestawieniu na pierwszym miejscu jest nie kraj, ale miasto w Chinach, które posiada odrębny system nauczania, a mianowicie Shanghaj. Zaraz potem mieści się Rosja, Singapur, Kazachstan, na piątym miejscu Włochy, zaraz za nimi Irlandia, Rumunia, Estonia, Litwa i wreszcie Polska. Analizując systemy edukacji w krajach przytoczonych w powyższym rankingu można przyjąć, że wiele z nich posiada skostniały i tradycyjny system edukacji- Rosja, byłe republiki radzieckie.  Z kolei Szanghaj i Singapur to miejsca, w których najważniejszy jest wyścig szczurów od najmłodszych lat i bardzo duża konkurencja na każdym etapie edukacji. Nie liczy się indywiduum, ale kolektyw. Włochy mają bardzo specyficzny system edukacji, gdzie wakacje letnie trwają 3 miesiące i faktycznie dzieci otrzymują bardzo dużo zadań do wykonania w tym czasie. Irlandia to kraj o bardzo tradycyjnych wartościach, podobnie jak Polska-oba na wiecznym dorobku. Pozostaje tylko współczuć dzieciom. Nie wszyscy rodzice się jednak ze mną zgodzą. Dla wielu, dużo zadań domowych to tendencja pozytywna, bo to oznacza dobre przyswojenie materiału, prym w klasie, dobre wyniki na egzaminach, lepszą pracę, itp. Inni woleliby, aby ich dzieci czas w domu spędzili inaczej, a jeszcze inni woleliby aby zadania, jeśli już są zadawane, były bardziej twórcze, niż odtwórcze. Temat jest niewątpliwie zajmujący i budzący wiele kontrowersji.

Niedawno,  jedna ze szkół podstawowych na warszawskim Ursynowie rewolucyjnie jak na polski system edukacji, zdecydowała o niezadawaniu dzieciom zadań domowych- i akurat wcale nie wszyscy byli z tego faktu zadowoleni. Wielu rodziców było przeciwnych. Sprawa jest bardzo świeża i potrzeba czasu aby ocenić, czy słuszne są wątpliwości jakoby dzieci niewykonujące zadań miały gorzej przyswajać treści. Warto w tym miejscu podkreślić, że dyrektor szkoły zmieniła także sam system nauczania, gdzie nauczyciele są przewodnikami ucznia, a ich zadaniem jest tak wytłumaczyć swój przedmiot aby dzieci były nim zainteresowane, zrozumiały materiał, adekwatnie go przećwiczyły na lekcji pod kątem nauczyciela i nie potrzebowały więcej pracy nad danym tematem w domu. Szkoła ma nauczyć, a nie cedować tę odpowiedzialność na rodziców, którzy musieliby „siedzieć” z dzieckiem nad zadaniami po pracy. Każdy, kto ma dzieci w szkole podstawowej, nie mówiąc już o gimnazjum, czy liceum dobrze wie, ile jego dziecko poświęca czasu na odrabianie lekcji. Zadania domowe są niewątpliwie potrzebne, od czasu do czasu, ale przemyślane i wymagające tego samego od ucznia. Niestety w polskiej szkole, w każdym przedmiocie, także niestety w nauce języka obcego- bardzo mi bliskiego tematu- zadania domowe są nudne, odtwórcze, czasem ogłupiająco banalne i poza czasem spędzonym nad ich wykonywaniem, nie przynoszące żadnego pożytku. Obserwując już od wielu lat podręczniki, w szczególności do nauki języka obserwuję smutną korelację: czym nowszy i bardziej kolorowy, tym więcej bzdurnych zadań w zeszycie ćwiczeń. Uczeń wykonując je wręcz zraża się do języka, wcale go nie przyswaja, „tłucze’ gramatykę i słówka, które często zapomina zanim dotrze do końca rozdziału. Zapewne dlatego od wielu lat nie obserwuje się lepszych kompetencji językowych, niejako na przekór ilości dostępnych metod, materiałów dydaktycznych i środków przekazu. Nauczyciel w XXI wieku ma do dyspozycji internet, niebywałą bazę materiałów wizualnych, audio, video (YouTube), a uczniowie niezmiennie na lekcjach tłuką gramatykę i wkuwają słówka. Nie mówią, rzadko słuchają naturalnych wypowiedzi, nie mają czasu na przećwiczenie tego, czego się nauczyły, w zamian pędzą z materiałem, aby przerobić jeden „Unit” za drugim. Nie czują języka, nie potrafią wykorzystać swojej wiedzy i umiejętności językowych, bo nikt nie pokazał im jak to zrobić. Na pytanie „How are you ?” czteroklasista w podstawówce najpewniej odpowie: …my jeszcze tego nie robiliśmy”. Co innego wypełniać zeszyty ćwiczeń, a zupełnie co innego umieć odnaleźć się w sytuacji, kiedy za granicą nagle trzeba zapytać o drogę, lub kupić bilet na autobus.  W domu muszą wypełniać luki w zdaniach według wzorca, nie tworząc języka w sposób swobodny, tylko dokładnie według schematu. I nie łudźmy się, że przecież testy gimnazjalne i matura wypadają tak dobrze. Wcale tak się nie dzieje, po prostu same testy są na znacznie niższym poziomie z roku na rok! Dzisiejsza matura zdana na 95%, to tak naprawdę silna trója dwadzieścia lat temu. Wiem co mówię, bo uczę języka już 25 lat! Widać to na każdym kroku, także analizując ilość studentów w szkołach językowych- dwudziestolatkowie nie posiadają takich kompetencji językowych jakie powinni mieć biorąc pod uwagę ilość lat uczenia się języka. Prawda boli, a jeszcze bardziej doskwiera widząc maluchy w przedszkolach siedzące wieczorem nad swoimi zadaniami domowymi. To jest koszmar! Język musi być żywy, wypełnianie ćwiczeń w takich ilościach, jakie mają uczniowie do niczego nie prowadzi. Zrozumiałe są przedmioty ścisłe, gdzie praktyka czyni mistrza, i tylko poprzez wykonywanie ćwiczeń, obliczanie wzorów, rozwiązywanie zadań tekstowych można przejść do następnego etapu. Uczeń doskonali te przedmioty, ale wszystkie inne, miękkie przedmioty humanistyczne wymagają kreatywności, wyciągania wniosków, dyskusji, często dochodzenia po swojemu do pewnych konkluzji. Tego polscy uczniowie po prostu nie potrafią. Każdy przedmiot jest traktowany  jako odrębność, młodzież nie potrafi połączyć faktów z jednego z faktami drugiego przedmiotu. Pamiętam szok, jaki przeżyłam kiedyś w liceum, kiedy poprosiłam uczniów, aby wypisali paru znanych pisarzy angielskich. Kartki były w przeważającej liczbie puste, a tydzień wcześniej cała klasa przerabiała na lekcji polskiego dzieło Szekspira!

Mam nadzieję, że jednak rodzice, a przede wszystkim nauczyciele i dyrektorzy szkół obudzą się i zauważą problem. System polskiej edukacji nie jest zły, ale jest w nim zdecydowanie za dużo treści czysto encyklopedycznych, a mało myślenia. Dobre zadanie, twórcze, bazujące na projekcie, ale bynajmniej nie na zadzie „kopiuj/wklej” jest  o wiele bardziej sensowne, niż wypełnianie zeszytów ćwiczeń, nudne i sztampowe-wręcz zrażające do nauki.

Następny wpis na blogu będzie także poświęcony polskiej szkole,  która podkreślam, nie jest wcale taka zła; wymaga tylko paru korekt.

16. listopada 2016 by Ania
Tags: , , , , , , | Dodaj komentarz

Uczyć bez podręcznika? Wspomnienia z Chin…

img_0001-poprawiony1

Anna Rattenbury

Opublikowany: Październik 26, 2016

img_0001-poprawiony1

Moje pierwsze doświadczenie w nauczaniu języka angielskiego to przedszkole, następnie szkoła podstawowa, liceum (nie było jeszcze gimnazjów) a następnie coś, co zaważyło na mojej całej późniejszej karierze zawodowej-nauczanie przyszłych nauczycieli języka angielskiego w malutkiej miejscowości Lishi, w prowincji Shanxi w północnych Chinach. Moja „grupa” składała się 45 studentów w wieku 19-20 lat, w tym jednego nieczynnego- „obserwatora” z nadania partii w celu kontroli przekazywanych treści (to były lata 90-te). Nawiasem mówiąc, ten osobnik w wieku ok 50 lat nie władał zupełnie angielskim ;). Pośród różnych teoretycznych i praktycznych przedmiotów miałam oczywiście „Speaking”. Na początku byłam przerażona ilością moich studentów i 100% frekwencją na zajęciach, ale nic tak nie dodaje siły jak postawienie przed ścianą. Naładowana na NKJO i na studiach całym szeregiem praktycznych wiadomości na temat komunikatywnego nauczania, postanowiłam jakoś te metody wdrożyć. Podstawowym problemem był brak ksero, oraz limitowany przydział na papier (!). Kopiowanie zatem odbywało się oczywiście ręcznie, podobnie jak i tworzenie wszystkich pomocy dydaktycznych typu karty obrazkowe, itp. przy równoczesnym maksymalnym wykorzystaniu otrzymanego, oraz cudem pokątnie zdobywanego papieru. Muszę w tym miejscu wyjaśnić, jaki w ogóle był to rodzaj papieru. Wychowana wprawdzie w komunizmie nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Biorąc pod uwagę gramaturę naszego obecnego standardowego papieru ksero- 80 g, papier, który miałam do skromnej dyspozycji miał chyba gramaturę maksymalnie 10 g. Był tak cienki, że świetnie funkcjonował jako kalka- kopiowanie dzięki temu było właściwie proste, może gdyby nie liczebność studentów. Potem umożliwiono mi używanie skomplikowanego systemu kopiowania ze specjalnej niebieskim pozytywie woskowym. Przygotowanie takich materiałów było tylko ciut szybsze i wymagało precyzji. Otrzymałam maszynę do pisania i kilka arkuszy wosku. Arkusze były spore, wielkości  kartki A 3. Pisało się na maszynie tekst, który wybijany był po prostu przez młoteczki maszyny wprost na arkusz wosku. Trzeba było bardzo uważać, aby nie zrobić błędów, bo na maszynie nie ma niestety klawisza ‚delete’. Zanosiło się taki maksymalnie zapisany ćwiczeniami arkusz do pani, która transferowała go za pomocą tuszu specjalną maszyną na kartki papieru (a jakże- o gramaturze 10 g). Następnego dnia odbierało się gotowe kopie. Nie wyobrażacie sobie jaką radość może sprawić plik kartek z ćwiczeniami, czy innymi materiałami do nauczania! Dumna zanosiłam ostrożnie plik cieniutkich kartek do pokoju i zabierałam się za wycinanie potrzebnych materiałów. Przychodziło mi na myśl zdanie mojej wspaniałej Pani metodyk z Kolegium, która zawsze przestrzegała nas, że „dobry nauczyciel musi włożyć tyle samo czasu w przygotowanie lekcji, ile dana lekcja będzie trwała”. Moje trwały po 90 minut, ale na przygotowaniu spędziłam jednak przynajmniej dwa razy tyle?

No i co mi to dało?

Otóż to doświadczenie, wówczas często doprowadzające mnie do rozpaczy, dało mi umiejętność przeprowadzenia zajęć na jakikolwiek temat całkowicie bez podręcznika, z minimalną ilością dostępnych materiałów. Nauczyło mnie, że warto odkładać wszelkie zdjęcia, broszury, mapy, itp., nie mówiąc już o oszczędności papieru-wykorzystywaniu ścinków na których sami uczniowie mogą napisać polecenie, słowa, cokolwiek co przyda się w „pair work” i wszelkich ćwiczeń z mówienia, ale także ćwiczenia ze słówek. Teraz uczę bardzo małe dzieci, więc mój arsenał rzeczy typu „przyda się” jest ogromny. Ależ ile możliwości dają takie prawdziwie przedmioty i jak wspaniale i twórczo możemy wykorzystać swoją wyobraźnię! Czego życzę wszystkim nauczycielom.

Anna Rattenbury

26 października 2016 r.

26. października 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Musical Book 1 „COLOURS” and flash cards ideas

img_9099

Anna Rattenbury

Opublikowany: Wrzesień 21, 2016

 

img_9099

Musical Book 1″COLOURS”    za 35 zł do 29 września na EduSensory

  1. First of all, prepare the flash cards, by carefully ripping them out of the pouches so you have all the 45 cards in a pack. Note, that there are 3 action cards; the “eye card” is to show the children to look around; the “circle” card is to put a gnome on it (or any object of the appropriate colour), and the “arrows” card is used to show the line in the song : “bring it here”. These three cards are used as prompts, especially for very young children.
  2. Sing each of the five verses from Recording 1 (”The Colour Song”, version 1) on the attached CD, or the first three to start with.
  3. On ”something ….. (colour)” place the appropriate gnome (or if you haven’t got them, one or more of the flash cards, or any smallish object of that colour) on the floor;
  4. Now, in the instrumental interval between the verses, ask the children to go round the room (classroom) and bring objects of that colour (*note, that it’s important for the child’s aesthetic development to realize that colours have various shades; i.e. light blue, dark, pale, etc. For that reason all the drawings, either in the book, or the flash cards are of various shades). With big groups of children you may pause the CD to give them more time to bring the objects in. Lay the next, and the subsequent verses, so in the end you will have a fantastic arrangement of 5 colours on the floor.*Note that to start with you don’t need to do the 5 verses; you can do three for example, like in the photo below taken by the author during the Musical English session with 3-4 year olds:

20160920_092336

 

  1. Now, at this point you can either play version 2, so that you have all the 8 colours, but that may take an awfully long time. Another option  is to omit the last colour-black-so you just have the rainbow colours. I would only suggest using one version in one session/lesson.
  2. You can use the instrumental version however, its then it’s entirely up to you what colours you do. The recordings actually gives you a free hand.
  3. Now it’s time to do the last double page: object picture pages 14-15. These pictures represent objects, which children of nursery, or pre-school age may usually find in their room/classroom. There are corresponding recordings 4, 5 and 6, which deal with clusters of two words; i.e. a green car, a red car, etc. This is very important, as the child will first hear the colour, and then the particular word. In a few cases (one per each of the recordings), the clusters demand acute concentration, for example: “a blue dog”,” a blue duck”. This is done on purpose in order to develop good sound recognition and the best possible pronunciation right from the start in the teaching process of the child. You can use the recordings as you like, or you may want to say the words you choose. The idea is for the child to hear the cluster and then point to the correct picture. Variations and possible activities for this group of pictures include :
  4. Calling out clusters which are not there.
  5. Extending the questions to “can you see a….?”, “can you find a….?””can you show me a…?”Is there a…”, It’s then useful to say missing clusters and elicit answers which tend to be difficult to elicit from children; i.e.: “No, I can’t”, “No, there isn’t”.
  6. Rather than you saying the words, ask older children to be the teacher and ask others, i.e. “Igor, can you see a…?”
  7. Can YOU think of any more activities? Try them out.
  1. Now, you may want to concentrate on the flash cards. The set consists of 42 cards, two of each picture, so 21 pairs (there are also, as already mentioned three additional action cards used before). There are 3 recordings, Recording 7, 8 and 9 (Cards). Again, the idea is listening comprehension, so when using the recordings just give out cards to however many children you have, either one per child, two, three, or more if you prefer.  Play the recording (pausing after each cluster if you wish) and the children show the cards with the picture they hear. You may choose to do other flash card activities such as:
  2. Only give out cards which the children will hear (each recording has 7 clusters).
  3. Just say the words without the recordings.
  4. Using the book, choose one colour, and ask the children to say their corresponding card, for example: using “red”, a child may have “a red doll”. Note, that there aren’t enough cards of every colour for each child.
  5. Use a variety of question/sentence forms, according to your age group and abilities of the children, i.e. “Who’s got a…”.
  6. Play the classical flash Show a card very quickly and hide it immediately. Let the children guess what they saw. Repeat if necessary.
  7. Go and find game. Spread 21flash cards round the room. Depending on the age of the children with younger ones, ask a child to come up to you by saying: “ Felix, come here, please.”. Say “go to the (red) van”, with very young ones you can mime the word as well. Always remember to praise the children by saying “good”, well done!” great!”, With older ones you can say: “go and find a…”. Praise as well.
  8. Colder/warmer. This is another classic. Simply choose one child to close their eyes and meanwhile hide one card. The child tries to find it, and the group has to help, so if the child is further they say ”very cold, cold!”, etc, and the opposite for closer- “warm, hot, boiling”. It all depends on the level of the children. Make sure you direct the game so that not only the loudest ones shout out, but the quieter children can have a chance too. With lower levels you may choose to do sounds: “brrrrr”, for cold, “Phewwww”, for hot. The child finally finds the card and she/he hides it for the next child.
  9. Play an “I spy with my little eye a…” Give out the cards to the children (either one per child, or more), who place them on the floor face up. Now play the game, and the child with the corresponding card shows it to everyone. You can also ask other children to do so in turn.
  10. Use pairs of cards to play snap;
  11. Play “shop” with the cards, practising “Can I have a …”, “Here you are”, “how much is it?” and so on.
  12. lay any of the memory games, such as “count to 5”  when you spread a number of cards on the floor, ask the children to remember what they are, then ask the children to close their eyes go up to the wall turning their faces to the wall, and count to 5. Then hide one card and the children have to guess which one is missing. The one who guesses correctly can now hide another card.
  13. Create a rainbow with the cards. Sing the song.
  14. Questions practice. Choose a number of cards. The children sit in a circle. Pass the first card to the child on you left and ask: ” Do you like dolls?”Make sure the children use the whole answer: “Yes, I do”, or “No, I don’t”. Then the card is passed on to the next child on the left, and the next… The cards are done on purpose to elicit some negative answers, like you would expect from boys and them not usually liking dolls. This game is good for the sense of achievement for the quieter children in the group.
  15. Create This is a simple variation of a well-known game “ I went to the market and I bought…”. Each child has one card. The first one says their card, for example: i.e. “W’ve got an orange dog” (“we” is used because in this game the children work as a group). The next child ads on their card and says: “We’ve got an orange dog and a green sock”. The next one will say: “We’ve got an orange dog ,a green sock and a red fish” and so on. To make it easier the children put the cards in front of them- face up, to make it difficult with older children you may want the children to put the cards face down.
  16. Chinese whispers. Better with older children of course. You can either tell the fisrt child the word, or show the card.
  17. Put the cards in a pile face down; the children tak a card and say what they can see. If they say it in English correctly, they can take it, if they don’t the card goes on the bottom of the pile.
  18. Play “Mystery bag”, or “Mystery Box” game. Prepare a simple fabric bag, or a cardboard box with a lid, or even better make a “peek-a-boo” box with a fabric curtain covering the hole. Put a selection of cards inside. If you play with a bag, sit the children in a circle, and according to the rhythm of the rhyme pass the bag round. On the word “hide!” the child who’s holding the bag, opens it and takes a card. They say what it is and either keeps it, or puts it back, whatever the rules you choose to follow. The rhyme goes like this: “Mystery bag (or box), what’s inside? Show me what you try to hide! If you play with the box, just place it in the middle of the circle and say the rhyme with one child at a time putting their hand inside.
  19. Hide and seek”-just hide some cards, and the children have to find them- a teaching classic;
  20. Slowly, slowly. In this game you will need two flash cards facing each other. Prepare one facing the children, but don’t show it to them, and the other card facing the first one, so as to cover it from the children. Slowly uncover the first card by moving the second one, and let the children guess what it is. This can be played with quite small children as  the colour of the object is obvious from the  coloured band of the flash card.
  21. Run and touch. In this game you want the children to move around. Stick some cards around the walls and furniture. The object of this game is to shout a name of a child and a card you want them to touch. This is a good game if you know who’s got problems with which clusters, so you can make sure you choose the cards and names carefully. The children run and touch the appropriate card. As an alternative you can play run and fetch.
  22. Lip reading. This game is good for slightly older children. Stick 6 cards on the board/wall. Elicit their words, just use the words only without the colour, for example: “car” (not “a green car”). Now, pretend you say a word, but the children can only see your lip movement, as you don’t say the word, they cannot hear it. By lip reading the children develop very useful skills in understanding speech.
  23. With older children you may want to play a variation of a game called charades. A child picks a card, and has to mime/act it out. Choose from cars, busses, cats, etc.
  24. Also with older children, you can divide the group into smaller groups, or pairs, and assign a certain card to each group, for example dolls, cats, gnomes, etc. Now call out actions for particular groups, i.e. “dolls touch your head!”, “gnomes touch your knees”, etc.
  25. Another good one with older children is a game based on the old 3 cups game. You will need three cards and 3 big cups, or better 3 identical plastic bowls (not see-through, the same colour, from IKEA for example). *if you play with younger children it might be helpful to use three different coloured bowls. Place the cards on the floor, let the children remember the pictures (either just the pictures, or the whole clusters) place the cups/bowls on top of them and shuffle. Slowly for the younger children and faster for the older ones. Now choose a child and ask them where the particular card is, or ask: ”Where is the fish?” and ask the child who puts their hand up.
  26. Basketball game– a team game for older children. Have a basket (*you can use a play basketball set, or simply an odd basket on the floor), and a soft ball. Line two lines of flashcards on the floor for two teams.
  27. Bean Bags. Spread some flash cards on the floor and let a child throw a bean bag. They have to say the cluster which the bean bal lands on.?

 

Have fun!!

Anna Rattenbury

 

If you have any questions contact me on: a.rattenbury@musicalbabies.pl

 

21. września 2016 by Ania
Dodaj komentarz

o zabawach banalnych…tylko z pozoru

bottles

Anna Rattenbury

Opublikowany: Maj 19, 2016

bottles

Dzisiaj,  o rozwijającej zabawie przedmiotami jak najbardziej zwykłymi, normalnymi, wydawałoby się banalnymi i niepozornymi- a bardzo ciekawymi dla małych rączek i oczek. Jest to rozwinięcie bloga sprzed parunastu miesięcy.

W dawnych czasach, kiedy nie było wielu zabawek, nikt nie zaprzątał sobie głowy rozwojem psychoruchowym dziecka; motoryką małą, czy dużą- maluchy często pozostawiane były w jakimś bezpiecznym miejscu pod okiem starszego rodzeństwa, które to musiało samo wymyślić i pokombinować jak zająć młodsze rodzeństwo. Mama, wiecznie zajęta w prace domowe licznej rodziny nie miała czasu na zabawę-rzecz dzisiaj niepojęta. Tak więc, rozwój muzyczny malucha uskuteczniało rodzeństwo przez różne przyśpiewki, piosenki ludowe, wyliczanki i wierszyki. Rozwój ruchowy brata, czy siostry rozwijały poprzez udział w ich własnych zabawach- maluch miał głównie za zadanie dogonić rodzeństwo w bieganiu po okolicy, w zabawach w chowanego, grzebaniu w piasku czy ptasich gniazdach po uprzednim wspięciu się na drzewo, czy zbierania patyków. Rozwój sensoryczny natomiast właśnie z całym zastępem rzeczy, które dało się znaleźć wokół. Zwykłe patyki, orzechy, kawałek sznurka (bynajmniej nikt raczej nie ucinał 20 cm kawałków coby maluch się przypadkiem nie udusił), kamyki mniejsze i większe, kłody, drzewa, ale także kałuże, strumyki, rzeczki i stawy.

Te wszystkie rzeczy dookoła stanowiły wielki plac zabaw, skromny, ale jakże rozwijający wyobraźnię. Ilość wynalazków wieków poprzednich zdaje się potwierdzać teorię, że rozwijanie wyobraźni przynosi efekty znakomite. I wcale nie muszą to być skomplikowane, kolorowe, drogie zabawki. Drewniana łyżka i pojemnik po jajkach to świetny bębenek. Lepszy jeszcze będzie garnek, ale należałoby tu określić limit czasowy, aby nie zrobić sobie u sąsiadów poważnych tyłów, czy naszym uszom przysporzyć wcześniejszej głuchoty. Może być także  łyżka i miska, do tego makaron, który wydaje świetną muzykę, gdy się go miesza… Można wykonać proste shakery; jak na zdjęciu, wsypując różne produkty sypkie, kaszę, ryż, fasolę, czy mąkę. Dziecko odkrywa ciszę kiedy przewraca butelkę z mąką, ale piękny szum soli (wiem, niezdrowa, więc zamknięta na „amen” w butelce), czy głośny dźwięk fasoli „Jaś”. Wierzcie mi, zabawa banalna, a bardzo pożyteczna i przy tym rozwijająca. Woda to też świetne pole do odkrywania, szczególnie z piłeczkami, pojemnikami, z których jedne toną, a inne nie. Gąbki, które nasiąkają wodą a potem… wiadomo. Nie mówiąc o przelewaniu z jednego pojemnika do drugiego, trzeciego, itd… Nieco starsze dzieci, około 18 miesiąca życia lubią segregować, czemu nie pozwolić asystować maluchowi przy opróżnianiu zmywarki, dziecko może odłożyć w odpowiednie miejsce małe łyżeczki, duże łyżki, czy wszystkie bezpieczne, plastikowe na przykład naczynia. Wystarczy je tylko wyjąć dla malucha na blat. Zdejmowanie prania i segregowanie rzeczy do prasowania i do odłożenia do szuflad to świetna zabawa. Wszelkiego rodzaju sortowanie na „ubrania mamy”, „ubrania taty”, „ubrania…Franka”, czy skarpetki-bielizna, itp. Maluchy uwielbiają pomagać, dla nich wszystko będzie świetną zabawą i baaaardzo rozwijającą, a dla nas przecież także pomocne. Przede wszystkim musimy pamiętać, że dziecko uczy się cały czas i nigdy nie wiadomo w którym momencie akurat jakaś umiejętność rozwinie się u malucha w sposób wiodący. Nie miejmy obaw, że dziecko od razu zrobi sobie krzywdę; my jako dzieci mieliśmy o wiele większą swobodę i doświadczenie z niebezpiecznymi zabawkami, czy sytuacjami i przecież nic nam się nie stało. A jeśli już czasem się mocno poturbowaliśmy, czy skaleczyliśmy, to nabraliśmy świadomości pewnych niebezpieczeństw i metody ich unikania. Warto spróbować choć małymi kroczkami.

PS. Zdjęcie wykonane zostało podczas zajęć Musical English w przedszkolu „Nutki” w Bielsku-Białej.

19. maja 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Ratunku podróż!- czyli niezawodne sposoby na udany wyjazd z maluchem.

A 4 TRAIN

Anna Rattenbury

Opublikowany: Kwiecień 29, 2016

A 4 TRAIN

Następny wpis dla rodziców świadomych- o zabawach w podróży z maluchem. Bynajmniej nie tabletem…

Ostatnio pisałam o wykorzystaniu kredek, papieru, oraz zawsze przydatnej zabawie: I spy with my little eye. Dzisiaj o podzieleniu długiej podróży na atrakcyjne etapy. Świetnie sprawdza się w przypadku naprawdę długich, wielogodzinnych podróży, jakimkolwiek środkiem transportu. Biorąc pod uwagę naszą wygodę, niewątpliwie najłatwiej jest podróżować samochodem, ale gdyby zastanowić się nad aspektem dziecka, to podróż pociągiem, przy stoliku jest zdecydowanie łatwiejsza. Dziecko nie jest przypięte pasami, może swobodnie operować rączkami, może także się przejść. Nieważne jednak jak podróżujemy, bez wątpienia musimy być na taką podróż bardzo dobrze przygotowani. Nie tylko dla swojego spokoju ducha, ale także współpasażerów, nie mówiąc już o samym dziecku. Wielu rodziców skarży się, że wolą w ogóle nie wybierać się w długą podróż z maluchem, bo dziecko jest niesforne, nudzi się i nawet bajki, czy tablet już nie działają. Otóż problem nie bierze się znikąd, i należy pamiętać, że dziecko przyzwyczajone do oglądania bajek i gry na tablecie paradoksalnie bardzo szybko się nudzi. Akurat tak się składa, że pomimo niewątpliwej atrakcyjności gadżetów, są one niezwykle męczące; cały czas przewijają się na ekranie obrazy, migają, kolory są nasycone, czasem drażniąco dla oczu dziecka, dźwięki są nierzadko, za przeproszeniem- gwałtem dla narządu słuchu maluszka, percepcja i reakcja są cały czas na najwyższych obrotach- stąd dziecko meczy się szybciej, ale w momencie odebrania tabletu, czy jakiegokolwiek innego ekranu jest pobudzone, zdenerwowane i ma ochotę roznieść cały środek transportu. Idąc na łatwiznę, robimy sobie sami duży problem. Proponuję podejść do tematu podróży inaczej, spróbować na początek małymi krokami. Przekonacie się szybko sami, że tak „ dobrze wyrobiony podróżnik” zniesie każdą wycieczkę, ale także inne sytuacje wymagające długiego czekania. Niezbędnymi elementami, bez których proponuję nie ruszać się z domu będą:

  1. notes, lub zwykły, mały bloczek z czystymi kartkami;

  2. parę kredek- ale dobrych świecowych, lub najlepiej ołówkowych, przynajmniej w 6 kolorach. Nie bójmy się, że dla małych dzieci kredki są niebezpieczne. Dzieci są mądrzejsze niż ostrzeżenia od lat 3 i wcale nie tak łatwo robią sobie krzywdę. Poza tym mamy na nich cały czas oko;

  3. ze dwie książeczki, które dziecko chętnie „czyta”;

  4. parę kartek- kolorowanek;

  5. ulubiona zabawka- może być aktorem, może zadawać dziecku pytania, może łaskotać, chichotać się na śmieszne miny maluszka, może także pomóc w kryzysowych sytuacjach jako zwykła przytulanka.

To naprawdę bardzo niewiele, ale nie ruszajmy się z domu bez tych rzeczy- nigdy nie wiemy czy nie będziemy musieli gdzieś poczekać, przystanąć na spacerze na rozmowę ze znajomą, itp. ten zestaw nie waży prawie nic, z z powodzeniem zmieści się w bagażniku wózka, czy w torbie.

A teraz czas na długą podróż. Proponuję podzielić ją na etapy i przygotować wcześniej małe paczuszki (jak prezenty), które dziecko może otworzyć w określonym czasie; i tak w podróży 3 godzinnej, może to być co godzinę, na przykład o pełnej godzinie (starsze dzieci uczą się przy tym świetnie zegara), czyli będziemy potrzebować trzy paczuszki. Przy większej ilości dzieci, przygotowujemy paczuszkę dla każdego, ale możemy także wykorzystać np. mini gry wspólne. Polecam wszelkie gry magnetyczne.

Zbieramy zatem różnorodne rzeczy, które dziecko będzie odpakowywało co jakiś, określony czas:

  • puzzle do układania– pamiętając, że przyda nam się jakiś kawałek twardej tektury- która np. w przypadku podróży samochodem jest MUST HAVE dla różnych zabaw dla dziecka. Dla starszych dzieci idealne będą mini puzzle.

  • mała tabliczka i kreda. W bardzo łatwy sposób można samemu przygotować małą tablicę, wystarczy wziąć kawałek bardzo równego plastiku, cienkiej sklejki, lub tektury (np. z opakowania, kartonowego pudełka, itp) i pomalować specjalną farbą do tablic- takie farbki znajdziecie w internecie, w każdym dobrym sklepie papierniczym, lub dla plastyków. Farby sprzedawane są w małych opakowaniach. Można użyć normalnej kredy, lub specjalnych flamastrów kredowych. Super sprawdza się stworzenie tablicy w jakimś interesującym kształcie, np. serca dla dziewczynki, koła jako piłki dla chłopca, itp.

  • książeczka do kolorowania i z naklejkami- w ulubionym przez dziecko temacie. Ważne jest, aby asystować dziecku przy książce, ponieważ najczęściej wszystkie naklejki są powyklejane w przeciągu pięciu minut, a nie o to tutaj chodzi- tu kluczowy jest czas; aby ta książeczka starczyła jak najdłużej;

  • jakaś mała zabawka- niech to będzie mały prezent dla pociechy. Najlepiej, jeśli trzeba będzie ją złożyć z kilku części, co też wydłuży praktycznie czas zabawy;

  • własnoręcznie przygotowana książeczka I spy with my little eye. Bierzemy zwykły notesik, wklejamy, lub rysujemy różne przedmioty, które dziecko zobaczy w podróży, np. znaki drogowe, samochód, pociąg, książkę, kierownicę, drzewo, dom, kościół, itp. Zależy oczywiście gdzie podróżujemy i jakim środkiem transportu. Samolot jest tu niewątpliwie najtrudniejszy, ale przecież jest pełen przedmiotów- walizki, przyciski, lampki, okna, kubki, chmury, jeziora, rzeki widziane z góry. Do zrobienia tej książeczki przydadzą się naklejki o transporcie. Polecam zawsze mieć w zapasie naklejki-one przydają się w każdej sytuacji- dzieci je po prostu uwielbiają i to w każdym wieku. Dziecko odhacza, lub zaznacza rzeczy, które ujrzy. Można także robić laseczki i podliczać ile widziało, np. samochodów, itp. Można ustawić czas, np. 10-15 minut. Jeżeli nie mamy możliwości wykonania takiego „notesika” możemy po prostu użyć jakiejś dostępnej książeczki o transporcie, najlepiej z różnymi środkami i ilustracjami lotniska, portu, parkingu, itp. Polecam także naklejki wielokrotnego użytku Melissa&Doug. Są to duże plansze A3 i do nich cała masa naklejek, które można odrywać i używać ponownie. Wielkość jest spora, ale na podróż samochodem w sam raz. Firma ta proponuje także różne inne tematy, tj. dom, przebieranki, lub zwierzęta. Sama używam tych zestawów w zajęciach Musical English- dzieci je bardzo lubią. Bardzo proszę nie zrozumieć mojego bloga jako namawiane do kupowania produktów. W żaden sposób nie polecam, broń Boże, w sposób płatny żadnych firm, jak zwykle robi się to na blogach, ale akurat rzeczy te są mało znane wśród rodziców, a bardzo przydatne.

  • kilka rzeczy, z których można coś stworzyć, np. pompony, oczka, druty Chenille, bibuła, klej. Niech maluch puści wodze fantazji i po tworzy coś niezwykłego. Czasu dużo, niewiele przedmiotów- gwarantowany sukces dziecięcej kreatywności. Nie zdziwiłabym się, gdyby Wasze dziecko Was mile zaskoczyło swoimi zdolnościami do kreowania coś niezwykłego z niczego…

Miłej i twórczej zabawy!

Anna Rattenbury

29.04.2016

29. kwietnia 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Obowiązkowe nie zawsze dobre

Anna Rattenbury

Opublikowany: Kwiecień 13, 2016

Dzisiejszy wpis na blogu o tym jak obowiązkowa nauka języka angielskiego w przedszkolu może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Od września 2015 roku we wszystkich przedszkolach państwowych w Polsce 5 i 6 latki uczą się już obowiązkowo języka angielskiego. Pisałam o tym już w czerwcu ubiegłego roku. Nie chciałabym być malkontentką, ale szczerze i w sposób uzasadniony obawiam się, że nie wszystkie nauczą się tyle ile mogłyby gdyby jednak nauka nie została wprowadzona jako obowiązek. Fakt, że dzieci mają taką możliwość w ogóle jest niebywale chwalebne i godne poparcia, tylko mały szkopuł polega na jakości, a nie na ilości. Jak zawsze w takich przypadkach bywa, nie chodzi o to aby na „hurra” wszyscy się uczyli, tylko w jaki sposób i czy efektywnie. Wprowadzając obowiązek nikt właściwie nie policzył ilu nauczycieli jest w stanie uczyć języka obcego w przedszkolach, oraz, przede wszystkim, ilu by chciało, bo praca to wcale nie łatwa, czy dobrze płatna. Okazało się, że nauczycieli jest przysłowiowo „jak na lekarstwo”, więc będą uczyć Panie przedszkolanki. Na papierze ładnie to pewnie wygląda, bolesna prawda w tym, że nie każdy może, potrafi i przede wszystkim posiada chęć do uczenia dzieci języka obcego. Przyjmując zasadę, że każdy, kto pracuje z małymi dziećmi potrafi nauczyć języka obcego, można byłoby przyjąć zasadę, że każdy nauczyciel posiadający jakieś umiejętności, potrafi nauczyć go w ramach przedmiotu. I tak, ktoś kto grywa sobie w domu na pianinie potrafi nauczyć muzyki, inny, kto prowadzi ogródek zna się na biologii, itp. Sorry, ale tak nie jest. Dobre studia filologiczne trwają 5 lat, na których to adepci zawodu poznają przede wszystkim sam język, jego niuanse i prawidłowe brzmienie- aby te ostatnie osiągnąć dobry student godzinami ćwiczy wymowę i intonację z materiałami audio. To tak, jak dobry muzyk ćwiczy codziennie po kilka godzin udoskonalając swój warsztat i technikę. Inaczej się po prostu nie da! Jako nauczyciel z (bardzo) długim stażem pracy nie wyobrażam sobie, aby ktoś, kto zna język w stopniu średnio-zaawansowanym, i jest to z mojej strony ocena wysoce optymistyczna, może uczyć małe dzieci języka angielskiego. Od jakiegoś czasu są dostępne „studia” łączące wychowanie przedszkolne i nauczanie języka, ale trwają za krótko i przyjmują osoby, które już na wstępie nie znają języka w sposób równoważny z wymaganiami studiów filologicznych i studentom po prostu fizycznie nie udaje się osiągnąć odpowiedniego poziomu. Niestety z roku na rok z przerażeniem obserwuję coraz to gorsze przygotowanie do zawodu. Winnym jest cały system nauczania; źle uczy się dzieci w szkole, matura jest z roku na rok na coraz to niższym poziomie, więc automatycznie niższy jest poziom studentów na I roku. W porównaniu z rokiem, np.1990, kiedy Polska otworzyła się na Zachód, mamy tak wiele możliwości do nauki- internet, ogromny, właściwie nieograniczony dostęp do bazy wiedzy na ten temat, a elementarne kompetencje i wiedza późniejszych absolwentów jest czasem tragiczna. Jest tylko papierek, który ma świadczyć o jakimś poziomie i tak naprawdę nic więcej. Powiedzieć, jak to mówi mój ulubiony pisarz Jerzy Pilch, że taka osoba wyrządzi dziecku krzywdę, to nic nie powiedzieć. Dziecko nabędzie od początku wadliwych wzorców, przyzwyczai się do uczenia się w sposób nudny, sztampowy i całkowicie nieefektywny. Nauczyciel niekompetentny bowiem pierwszą rzeczą na jaką się połasi to książeczka. Na zajęciach maluch będzie kolorował, wycinał, łączył elementy w zbiory, przyklejał. Nie wypowie ani jednego przy tym słowa. Właściwie taka książeczka mogłaby być równie dobrze w języku chińskim, czy arabskim- wszystko jedno bo i tak nie ma to najmniejszego znaczenia. Praca z książeczką na zajęciach jest absolutną stratą czasu. Chyba, że zajęcia są bardzo często, np. codziennie i praca z książeczką raz w tygodniu niejako podsumowuje temat. W innym przypadku nie daje dziecku nic poza radością kolorowania- coś, co dzieci bardzo lubią robić, ale nie potrzebują przy tym języka. Marny nauczyciel bowiem boi się wprowadzać słownictwo, którego wymowy sam nie jest pewien, dobierać zabawy pod kątem przydatności w nauce języka, bo nie za bardzo potrafi określić tę przydatność. Używa materiałów dydaktycznych zwykle używanych w przedszkolu, których słownictwo jest zbyt trudne i nieadekwatne do nauki języka. Boi się samemu śpiewać piosenki, bo ma problem z wymową. Puszcza je zatem z pendrive’a, nielegalnie ściągnięte uprzednio z kanału youtube. Każde zajęcia dla takiego nauczyciela to walka o przetrwanie. Dzieci uczą się języka nieefektywnie, a zapamiętując słownictwo często uczą się całkowicie złej wymowy. Takie błędy zakorzeniają się bardzo głęboko i są później często niewymazywalne z pamięci. W szkole natomiast ten problem się jeszcze pogłębia, ponieważ właściwie większość pracy na lekcji to praca z podręcznikiem (co jest absolutną plagą polskiej szkoły w ogóle). Wypełnianie luk, przepisywanie podanych słówek w odpowiednie miejsca, zamienianie szyku pytań, zdań- ćwiczenia tak nudne, infantylne i bezsensowne, że aż urągają dziecięcej inteligencji, kreatywności i chęci poznawania języka całym ciałem i wszystkimi zmysłami. Efekt jest taki, że większość dzieci w czwartej klasie szkoły podstawowej nie lubi języka angielskiego… pozostawiam to bez komentarza, bo i tak ten blog okazał się niezwykle minorowy. Obiecuję, że następny będzie bardziej optymistyczny!

13 kwietnia 2016 roku

Anna Rattenbury

13. kwietnia 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Zabawy w podróży

Transport 6

Anna Rattenbury

Opublikowany: Luty 5, 2016

Transport 6

Zabawy do podróży, czyli jak przetrwać długą podróż z maluchem z minimalnym użyciem tabletu/smartfona, tudzież innego ekranu.

Ostatni mój wpis na blogu poświęciłam zagadnieniu używania tabletów, oraz innych urządzeń ekranowych i ich wpływu na jakość snu u dzieci (a także dorosłych). Dzisiaj z okazji ferii zimowych, w niektórych województwach już wprawdzie zakończonych, w niektórych trwających, w innych mających wkrótce się rozpocząć wpis z pomysłami na zabawy w podróży. Gry mogą być oczywiście wykorzystane w każdej zabawie z dziećmi, ale świetnie sprawdzają się właśnie podczas podróży. Wszystkie poniższe pomysły zostały przetestowane na dzieciach własnych, rodziny i znajomych, więc są odpowiednie się dla różnych grup wiekowych i temperamentach latorośli. Osobiście podróżuję z dziećmi bardzo dużo, było tak od zawsze, prawie wszystkimi środkami transportu, przez bardzo długie godziny, czyli od 4 do nawet 12 godzin. Z pewnością najłatwiej jest posadzić malucha z tabletem i „puścić” pozornie edukacyjne gry, filmiki, itp. Problem polega na tym, że jest mało prawdopodobne, aby ten sam maluch będąc już nastolatkiem chciał z nami porozmawiać bez odrywania głowy od ekranu. Pamiętajmy, że to właśnie my, jako rodzice wychowujemy sobie późniejszą młodzież. Im więcej w małe dzieci „wpompujemy” czasu i pomysłów na wspólne jego spędzanie w sposób jakościowy, tym łatwiej będzie nam utrzymać dobry kontakt z dzieckiem i przetrwać w dobrej kondycji psychicznej trudny wiek dojrzewania. Wiem co mówię, jestem mamą szesnasto i trzynastolatki. Jakość spędzonego razem czasu procentuje w dwójnasób, a tak na prawdę jeszcze dużo więcej.

Ale cofnijmy się do wieku malucha…

Niewątpliwie najłatwiej z dziećmi podróżować pociągiem, w szczególności mając do dyspozycji miejsca przy stoliku. Dzieci mogą swobodnie siedzieć, przejść się, wygodnie zjeść. Stolik jest oczywiście niezwykle przydatny, może być nie tylko oparciem pod książeczkę, kolorowankę, czy pustą kartkę papieru, ale także morzem pełnym statków z papieru i piratów (figurek, czy niezaostrzonych kredek), lub  planetą dla kosmitów, wybiegiem dla koników (np. Pony), czy torem wyścigowym dla samochodzików. Można na nim grać w domino tudzież różnorodne gry planszowe,  z kartami obrazkowymi, itp

Najważniejszym aspektem podczas podróży pociągiem jest waga bagażu, tak więc z minimalną ilością przedmiotów chcemy uzyskać jak najwięcej zabaw. Kredki są absolutnym MUST-HAVE każdej podróży, ba, nawet jakiegokolwiek wyjścia z dzieckiem, które może się wiązać z czekaniem. Funkcjonują jako rzeczone kredki, ale także figurki, czy patyczki do układania kształtów. Polecam angielską rymowankę na liczenie:

One, two-buckle my shoe. (zawiązujemy/zapinamy buciki)

Three, four- knock at the door. (piąstką jednej rączki uderzamy w otwartą dłoń drugiej, jak pukalibyśmy w drzwi)

Five, six- pick up sticks.. (bierzemy nasze kredki)

Seven, eight-lay them straight. (układamy prosto na stoliku, np. równolegle)

Nine, ten-do it again! (możemy powtórzyć rymowankę, a na końcu z kredek-patyczków ułożyć wzory, np. domek, kółko, itp.). Możemy następnie policzyć kredki, rozpoznać kolory, schować jedną i zapytać dziecko jaki kolor schowaliśmy, poukładać kredki w zbiory względem kolorów, długości, itp. Kredki mogą być przydatne jako obręb toru wyścigowego, czy nawet łóżeczka dla laleczki. Sami sprawdźcie co Wam i Waszemu dziecku przyjdzie do głowy. Wykorzystanie jednej zabawki do wielu czynności niezwykle pozytywnie rozwija dziecięcą wyobraźnię. Coraz częściej bowiem mamy do czynienia z zabawkami przez brytyjskich naukowców badających to zjawisko określanych mianem „zabawek monotematycznych”. Dobrze widać to na przykładzie Lego, gdzie coraz trudniej jest o zestawy „basic”, a najczęściej w ofercie mamy zestawy, z których można ułożyć tylko jeden, lub najwięcej trzy modele, np. Chima, czy Star Wars. A niestety w późniejszej nauce niemal wszystkich przedmiotów bardzo ważna jest umiejętność postrzegania pozornie niezwiązanych ze sobą konceptów całościowo z użyciem dużej dozy wyobraźni, orientacji przestrzennej i rozumowania analitycznego. Niepozornie banalne zabawy z kredkami przybierającymi różne funkcje rozwijają właśnie te umiejętności…. i niezwykle ułatwiają każdą następną podróż z dzieckiem.

Następną nieprawdopodobną „studnią” możliwości jest czysta kartka papieru. Oprócz tej oczywistej funkcji, kartka może się spełnić jako medium do origami (w tym przypadku akurat przyda się tablet z dostępem do kanału Youtube, gdzie znajdziecie całą gamę filmików instruktażowych jak wykonać modele z origami). Polecam żabki- są bardzo łatwe do wykonania samodzielnie przez dziecko, można wcześniej pokolorować kartkę (zabierze troszkę więcej czasu podróży), a potem mając kilka żabek można zrobić im wyścigi (żabki po naciśnięciu na część tylną podskakują). Można także zaśpiewać piosenkę Three Little Speckled Frogs (z czerwonej płyty), używając kartki pomalowanej na niebiesko jako stawu, a zrolowanej kartki papieru jako kłody, na której siedzą żabki. W taki sposób można tworzyć tematyczne zabawy, sklep, itp.

Nie mając stolika, jadąc np. samochodem polecam zabawę „I spy with my Little Eye”, czyli coś w rodzaju „patrzę oczkiem i widzę…”. Na przemian zgadujemy gdzie jest ten przedmiot. W każdej podróży, oprócz tej samolotem za oknem widać różne rzeczy, a to znak drogowy, a to jakąś krowę na pastwisku, a to ciężarówkę, czy przemykające Pendolino, ok,  pociąg. Monotonna autostrada zmusi nas do użycia przedmiotów w samochodzie-kubeczka, książeczki, bucika, itp. To samo można zrobić z jakąkolwiek książeczką z obrazkami, czy zwykłą gazetą. Starsze dzieci mogą szukać literek, lub całych słów. Nawiasem mówiąc sama gazeta może być po zwinięciu w rulon śliczną księżniczką zadającą dziecku pytania, np. „jaki kolor lubisz najbardziej”, czy postacią z ulubionej bajki opowiadającą ciekawą historię, jaka mu się przydarzyła. W pamięci mam tutaj moje córki, bardzo jeszcze małe-3 i 6 lat, które z kartek powydzierały i pokolorowały cały pałac i zamieszkujących go królową, króla i służbę wchodzących w ciekawe interakcje. Stworzyły świetną bajkę. Cała zabawa wraz ze stworzeniem tej scenki zajęła im większość 2-godzinnego etapu podróży. Użyły paru kartek papieru zadrukowanego z jednej strony, kleju i kredek. Zawsze w podróży samochodem miały podpórkę z grubej tektury, na której mogły sobie układać różne zabawki, czy mieć po prostu twarde podłoże do czegokolwiek, co w danej chwili robiły. Mają teraz nieprawdopodobną wyobraźnię i żadnych problemów z nauką…

Miłej i twórczej zabawy!

Więcej pomysłów następnym razem…

Anna Rattenbury

05.02.2016

05. lutego 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Tabletowy sen

20160113_134202

Anna Rattenbury

Opublikowany: Styczeń 13, 2016

Dzisiaj pierwsze urodziny bloga Mama Sapiens. Równo rok temu pisałam o tym jak ważne jest czytanie dziecku przed snem, a dzisiaj o wynikach badań naukowych nad wpływem ekranów urządzeń mobilnych na sen u dzieci.

20160113_134202

Od kiedy pojawiły się na rynku smartfony i zaraz potem tablety niemalże w każdym domu używa się takich urządzeń w ilości często równej ilości członków rodziny, częstokroć pomnożone przez dwa. Większość młodzieży szkolnej posiada na własność telefon, zwykle właśnie smartfon, dzieci post-komunijne mają już także swoje tablety. Tak szybko jak weszły one w codzienność, tak szybko okazało się, że dzieci są do nich niemalże przyklejone. Na imprezach coraz częściej zamiast ze sobą rozmawiać, każde wgapione jest w swój aparat; czatuje, „instargramuje” i „facebookuje”. No cóż, każda epoka ma swoje prawa i może jest to dla nas na razie szokiem, ale z biegiem lat z pewnością się do tego przyzwyczaimy.

Powstał jednak pewien bardzo poważny problem związany z używaniem tabletów i wszystkich innych urządzeń, których ekrany emitują niebieskie światło. Nie chodzi na razie o to, że urządzenia te w ogóle zastępują książkę, rozmowę, czy po prostu normalny kontakt społeczny z mamą/tatą/rodziną, czy kolegami i koleżankami, ale o wpływ tych urządzeń na sen. Otóż okazuje się, że dzieci (i dorośli oczywiście również), którzy wieczorem dużo korzystają z urządzeń mobilnych, czyli smartfonów, tabletów i laptopów mają bardzo poważne problemy ze snem. Oczywiście wielu z nas powie, że przecież tylko z 15 minut i tyle, ale dobrze wiemy, że często jest to o wiele, wiele dłużej. Sprawdzamy maile, facebooka, jakieś informacje i czas bardzo szybko mija. Dziecko zagra sobie w jedną grę, ale smutnymi oczętami wymusi a nas jeszcze jedną, marudzeniem trzecią, a w końcu zrobi nam taki rwetes, że zgodzimy się na pięć. Potem idzie spać, ale nie może zasnąć, wierci się, marudzi w końcu zasypia o 23.00, a rano pobudka do przedszkola/szkoły. Nie może się obudzić, jest zmęczone, drażliwe, nerwowe i nie może się na niczym skupić aż do drugiego śniadania, czy obiadu. Aby go pobudzić rano, ładujemy mu na śniadanie przesłodzone płatki śniadaniowe, bułkę z Nutellą, itp. To wszystko w kółko tworzy jego codzienną rzeczywistość. Często się nad tym jako rodzice zupełnie nie zastanawiamy, ale powinniśmy pamiętać, że to właśnie na nas i wyłącznie na nas, ciąży obowiązek podjęcia jakiegoś sensownego działania. Nie chodzi tu zupełnie o poszukiwanie przyczyn nie wiadomo gdzie, konsultowania się z psychologiem, pedagogiem i Bóg wie kim jeszcze. Jak to najczęściej bywa, sedno problemu jest banalne i bardzo łatwo możemy wpłynąć na poprawę sytuacji zaczynając od stanowczych kroków na gruncie naszych relacji z dzieckiem i nieprzekraczalnych granic.

Wpływ urządzeń na jakość snu została zbadana przez wiele ośrodków naukowych od czasu kiedy takie urządzenia stały się codziennością. Bardzo ciekawe wnioski opublikował ostatnio fiński Narodowy Instytut Zdrowia we współpracy z WHO, badając dzieci w wieku 13-17 lat. Przebadano ponad milion dzieci i okazało się, że 20 % dziewczynek i 10% chłopców w Finlandii doświadcza zaburzeń snu, których efektem jest „uczucie notorycznego zmęczenia”. Przedłużające się problemy z niedoborem niezbędnego snu u dzieci jest ściśle związane z tendencją do depresji, cukrzycy, otyłości, oraz chorób serca w późniejszym wieku. Zaburzenia snu według naukowców prowadzących te badania, wywołane są przez ostre, niebieskie światło emitowane przez urządzenia ekranowe. Zatrzymują one produkcję melatoniny i wręcz zapobiegają uczuciu senności. Jak na kraj skandynawski przystało wyniki badań przełożono momentalnie na konkretne działania i stworzono ogólnonarodowy program edukacji rodziców, szczególnie małych dzieci, uświadamiający im poważny problem i potrzebę kontroli ilości czasu spędzonego z urządzeniem mobilnym przed snem. Wielu rodziców wprowadza dzieciom zasady jak to określono „higieny snu”, polegające na przykład na tym, że urządzenia są używane tylko do określonej godziny i zostają wszystkie w jednym miejscu w domu, mając niejako zakaz wstępu do sypialni- nie tylko dzieci, ale konsekwentnie -także rodziców. Pamiętać musimy bowiem, że czym skorupka nasiąknie, itd.

Podsumowując, jak na blog o zdrowo-rozsądkowym podejściu do wychowania dzieci- chyba jednak naprawdę warto czytać dziecku książki przed snem i wyrobić u niego- właśnie u małego dziecka- ten nieodzowny rytuał czytania w łóżku. … i broń Boże niech to nie będzie e-book na tablecie!

Anna Rattenbury

13 stycznia 2016 roku

13. stycznia 2016 by Ania
Dodaj komentarz

Dlaczego Musical Babies-podsumowanie

Final Logo JPEG

Anna Rattenbury

Opublikowany: Grudzień 2, 2015

Final Logo JPEGDzisiaj podsumowanie dwóch poprzednich wpisów na blogu o tym, dlaczego warto zacząć przygodę z językiem angielskim od wczesnych miesięcy życia dziecka. Ponadto, dlaczego należy docenić niebagatelny wpływ muzyki na przyswajanie języka obcego.

Jak już pisałam w dwóch poprzednich wpisach o tym samym tytule, bardzo ważne jest aby dziecko miało okazję poznawać obcy język jak najbardziej naturalnie, w sposób jak najbliższy poznawaniu języka ojczystego. Na wzór dzieci dwujęzycznych, u których akwizycja obu języków przebiega równolegle bez dominacji któregoś z języków. We wczesnych miesiącach życia całkowicie „plastyczny” jeszcze mózg dziecka dwujęzycznego prawdopodobnie tworzy dwa odrębne systemy językowe, działające obok siebie. Dziecko w świadomy sposób dobiera słownictwo do okoliczności; kiedy czyta się dziecku książeczkę, np. w języku polskim i zadaje pytanie; dziecko odpowiada po polsku, kiedy czyni się to samo np. w języku angielskim maluch czerpie słownictwo z zasobu tego języka. Także w spontanicznych sytuacjach, np. kiedy dziecko ujrzy wspaniały czerwony samochód zawoła do rodzica anglojęzycznego- „a red car!”, ale to samo powie już po polsku rodzicowi-Polakowi. Robi to intuicyjnie, całkowicie naturalnie. Warto tu zaznaczyć, że dzieci dwujęzyczne permanentnie mieszają dwa języki, szczególnie wówczas, gdy nie pamiętają, lub po prostu nie znają danego słowa w drugim języku. Robią to jednak całkowicie świadomie;  potrzeba komunikacji sprawia, że tworząc przekaz starają się być zrozumiałym. To mieszanie porządnie „zamieszało” w środowisku naukowym w przeszłości, kiedy to uważano, że dzieci dwujęzyczne nie asymilują żadnego z dwóch języków w sposób całkowicie zaawansowany, ponieważ robią to wolniej ucząc się wszystkich treści podwójnie. Okazuje się, że późniejsze analizy wielu badaczy i ośrodków naukowych nie znalazły potwierdzenia w tej tezie, wręcz odwrotnie- dowiodły, że samo uczenie się przez dzieci dwóch języków równocześnie (a także w  przypadkach paru badań- trzech języków), rozwija inne, kluczowe kompetencje poznawcze i analityczne.

W Polsce brak rzetelnych badań nad dwujęzycznością- wszystkie raczej analizują to, co już zostało stwierdzone przez innych naukowców. „Badania” natomiast skoncentrowano na logopedii- a dokładnie na rzekomo negatywnym wpływie poznawania obcego języka we wczesnym dzieciństwie na rozwinięcie narządu mowy. W czysto teoretycznych zresztą rozważaniach i znów- analizach nie brano jednak pod uwagę dzieci dwujęzycznych, które to dzieci powinny być w pierwszej kolejności zaliczone do grupy testowej. Jako autorka programu, który sam w sobie stoi w sprzeczności z nastawieniem logopedów do tego tematu uważam, że nie ma żadnych przekonujących dowodów na to, że narząd mowy, tak elastyczny u małych dzieci, nie przysposabia się do prawidłowego tworzenia dźwięków charakterystycznych dla dwóch, całkowicie odrębnych języków, jakim jest język polski i język angielski. Co więcej, twierdzę, że właśnie kluczowe dla prawidłowej wymowy języka obcego jest jak najwcześniejsze rozpoczęcie nauki tego języka. Tylko wówczas możliwe jest swobodne, naturalne brzmienie, tożsame z prawidłową wymową, przyjętą jako takową w danym kraju (w Wlk Brytanii to RP- „Received Pronunciation”). Pamiętajmy, że w realiach polskiej szkoły, gdzie począwszy od I klasy podstawówki jakość nauczania języka angielskiego jest- nie boję się użyć słowa – fatalna i tylko dobrze ugruntowane umiejętności i prawidłowe wzorce bronią dziecko przed zaprzepaszczeniem całej wcześniejszej nauki. Takiemu dziecku żaden (proszę wybaczyć ostre słowa) niedouczony i niekompetentny nauczyciel nie wmówi, że w słowie vegetable są cztery sylaby, a w słowie apple jest dźwięk ”e”. I o to właśnie chodzi- aby uodpornić dziecko w przyszłości na wadliwy system edukacji językowej. Dlatego właśnie warto zacząć jak najwcześniej.

Musical Babies to jednak nie tylko zajęcia stricte językowe, to także program, w którym nieodzowną rolę spełnia muzyka. Zarówno klasyczna-słuchana, czy towarzysząca grze na prostych instrumentach perkusyjnych, czy muzyka piosenek używanych podczas zajęć. Niemowlaczki na zajęciach Musical Babies osłuchują się z językiem angielskim, gdy w bezpiecznym wtuleniu rodzica słyszą ten język na tle muzyki klasycznej, lub gdy rodzic wraz z prowadzącym śpiewa piosenki w języku angielskim poruszając dzieckiem w takt. Śpiewając up podrzuca lekko maleństwo do góry, a na słowo down opuszcza. Te czynności powtarzane często „wchodzą w krew”, zakorzeniają się w pamięci dziecka na zawsze- nikt ich już stamtąd nie wymaże. Dlaczego muzyka? Bo muzyka rozwija pracę mózgu i połączeń pomiędzy obiema półkulami. Dzieci, które mają możliwość obcowania z muzyką, a w przypadku zajęć Musical Babies- z językiem obcym połączonym z muzyką- potrafią rozróżnić dźwięki obcego języka o wiele łatwiej, są wyczuleni słuchowo, mają lepszą koncentrację, rozróżniają rytm, tonalność, intonację. Łatwiej jest im sylabizować, przyswajać nowe słowa, czy porządkować treści . Wszystko odbywa się w mózgu, muzyka bowiem stymuluje ośrodki odpowiedzialne za pamięć, mowę i narządy ruchu. Wpływa na nastrój i kreatywność. Pomaga budować i wzmacniać połączenia nerwowe, wpływa na naszą motywację i nastrój, oraz na procesy uczenia się i zapamiętywania (w tym pamięć długotrwałą). Muzyka łagodzi stany napięcia, oswaja i wprowadza maluszka w stan spokoju, ale przy tym pomaga w zapamiętywaniu poszczególnych słów, wyrażeń, czy zdań.

… dlatego właśnie Musical Babies.

2 grudnia 2015 roku

Anna Rattenbury

02. grudnia 2015 by Ania
Dodaj komentarz

Dlaczego Musical Babies? Część druga.

Final Logo JPEG

Anna Rattenbury

Opublikowany: Listopad 19, 2015

Final Logo JPEG O tym, że „ an apple pie” to nie „szarlotka”, czyli dlaczego naturalne przyswajanie języka obcego jest bardziej efektywne od „nauki”.

W poprzednim blogu wyjaśniałam dlaczego muzyka jest tak ważna w asymilacji języka obcego. Dzisiaj spróbuję wyjaśnić dlaczego Musical Babies zaczyna się tak wcześnie i o tym, że że to nie stricte „nauka”, ale efektywny sposób przyswajania języka obcego małych dzieci. Przyjęło się, że najlepszym wiekiem do rozpoczęcia nauki języka obcego jest wiek przedszkolny, czyli ok 4-5 lat. Niestety nic bardziej mylnego. W tym wieku dziecko posiada już usystematyzowany zasób języka ojczystego i przez uczenie się języka obcego niejako „podkłada” język obcy pod znane mu już znaczenia w swoim języku. Taka akwizycja języka jest oczywiście efektywna, ale można to zrobić jeszcze lepiej i bardziej naturalnie. Nie zawsze bowiem każde słowo ma swój idealny odpowiednik w tym drugim języku, nie każdy zwrot można literalnie przetłumaczyć zachowując jego niuans znaczeniowy. Na przykład nie ma odpowiednika na przytoczony w tytule „ an apple pie” w języku polskim, bo to bynajmniej nie szarlotka. Polska szarlotka podobnie nie ma odpowiednika w języku angielskim. „ An apple pie” to apple pie, a „szarlotka” to szarlotka- i tyle. Można je opisać, ale nigdy znaleźć dokładny odpowiednik. To jest ten niuans, i właśnie na tym polega prawdziwe przyswojenie języka obcego. Po to aby dziecko w przyszłości posiadało właśnie taką czujność językową potrzeba zacząć jak najwcześniej, tak naprawdę najlepiej od urodzenia. Dzieci dwujęzyczne, które uczą się obu języków w tym samym czasie, mają niezwykle plastyczny umysł i umiejętność uszeregowania poznanych treści. Uczą się dwóch języków naturalnie, z jego odmienną wymową, innym sposobem tworzenia zdań, czy gramatyką- przypuszcza się, że mają dwa podzbiory językowe i dobierają wyrażenia w zależności od potrzeby. Nie „podkładają” obcego systemu na już znany-ojczysty. Dla nich „an apple pie” nigdy nie będzie „szarlotką”. Takie dzieci mają także niezwykłą łatwość w późniejszym przyswajaniu następnych języków obcych, ze względu na fakt, że mają dobrze wykształcone procesy myślowe, logiczne i analityczne- bo przecież od początku musiały używać tych umiejętności w odniesieniu do dwóch jednocześnie poznawanych, najczęściej diametralnie różniących się od siebie systemów językowych.

Można zatem uczyć języka począwszy od przedszkola tradycyjnie, siedząc na podłodze i „tłukąc” język poprzez karty obrazkowe, książeczki i sporadycznie jakąś banalnie łatwą piosenkę. Ale można także uwrażliwiać na obcy język znacznie młodsze dzieci w taki sposób, aby one nie zdawały sobie z tego sprawy, nie miały bagażu emocji związanego z procesem uczenia się. Robić to tak jak mama, która bawi się z dzieckiem przy okazji wprowadzając go w arkana ojczystego języka, niejako mimowolnie. Pamiętajmy, że dzieci pozbawione są motywacji nauki języka obcego; one w odróżnieniu do nas -dorosłych nie postrzegają potrzeby nauki ze względu na lepszą pracę, umiejętność porozumiewania się z ludźmi, lub po prostu możliwością zamówienia obiadu w restauracji na wakacjach. Dla nich nauka jest w rzeczywistości czystą abstrakcją. I tak bezwzględnie powinno być! Bo naturalnie maluchy poznające własny język także robią to po prostu naturalnie, oczywiście chcąc się porozumiewać, ale nie zdają sobie z tego przecież sprawy. Małe dzieci nie potrzebują realizować jakiegoś planu edukacyjnego w celu osiągnięcia zamierzonego efektu, tak jak często my-rodzice oczekujemy od zajęć. Dzieci mają po prostu bawić się i poznawać język obcy w sposób jak najbardziej zbliżony do poznania języka ojczystego, uwrażliwić się na język -właśnie bez potrzeby tłumaczenia sobie nowych treści na znany już język, ale naturalnie przyswoić go sobie jako odrębny system z jego charakterystyczną wymową, leksyką i strukturą. Także wykształcić jak najbardziej pozytywne nastawienia do nauki w ogóle. Absolutnie nie wolno pozwolić, aby dziecko zniechęciło się, znudziło „nauką”, ponieważ taki stan może nieść za sobą poważne konsekwencje w przyszłości. Zatem jako autorka metody Musical Babies zawsze podkreślam, że pierwszorzędną rolą nauczyciela maluchów jest zmiana sposobu myślenia o nauczaniu języka obcego tej grupy wiekowej- powinien on tak naprawdę przyjąć inny tytuł- powinien stać się „prowadzącym”, a nie nauczycielem w stricte tego słowa znaczeniu. Prowadzący bowiem zabiera dzieci we wspaniałą, pełną pozytywnych wrażeń podróż do krainy języka obcego. Takie „podróże” zapadają na długo w pamięci dziecka i należy pamiętać, że ilość przyswojonego materiału jest o wiele mniej istotna niż jego jakość. Nie liczba słówek jest kluczowa w nauczaniu małych dzieci, ale ich trwałość w pamięci. Nawet, jeżeli dziecko z zajęć -podróży zapamięta tylko trzy słowa, ale po długim czasie będzie je nadal w stanie odtworzyć, to właśnie to jest nadrzędnym celem procesu poznawczego. Podczas gdy prowadzący Musical Babies przynosi na zajęcia prawdziwe ziemniaki do powąchania i dotknięcia, trzęsącą się galaretkę, w którą można włożyć palec, czy spuszcza z parapetu jajko- robi to właśnie w tym celu- bo te parę słówek zapadną dzieciom na zawsze w pamięci- to bezpośredni efekt tzw. postrzegania polisensorycznego czyli wszystkimi zmysłami- słuchu, węchu, czucia, ruchu. Bo tylko w taki sposób uczą się dzieci. Wszystkimi dostępnymi zmysłami, które odpowiednio stymulowane przynoszą całościowy, końcowy efekt, ale przede wszystkim niosą ze sobą radość z obcowania z językiem obcym i chęć do następnych, wspaniałych, językowych podróży.

19 listopada 2015 roku

Anna Rattenbury

19. listopada 2015 by Ania
Dodaj komentarz

← Older posts